Joanna i Roni z Jaworznickiego Domu Tymczasowego

Historię Albina opisuję na wyjątkową prośbę Greypet. Opisanie jej okupiłam zdrowiem, jednak myśl o tym, aby podzielić się swoją historią i tym, że głuchy pies to nie problem, przysłoniły mój ból i moje łzy…

Był moim światem, był Aniołem, inspiracją, gwiazdą najjaśniejszą, był też Słońcem, był… był wszystkim… Po śmierci Bolsa, w typie boksera… rodzice zdecydowali się na adopcję Batona. Miesiąc później otrzymałam telefon z prośbą o tymczas dla szczeniaka (wówczas 10 m-cy) głuchego boksera.

Bez wahania podjęliśmy się tego. Poprzez Fundację SOS Bokserom, adoptowałam go na stałe, ze Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Lublinie. Zakochałam się, po prostu zakochałam się w tym dzieciaku. Jak dowiedziałam się, że jest głuchy, nic nie liczyło się prócz tego, aby wyciągnąć go ze Schroniska.

Na miejsce dojechaliśmy pewnej pięknej słonecznej niedzieli, dokładnie 24 sierpnia 2008 r. Schronisko w tym dniu było zamknięte. Zrobili dla Nas wyjątek, chyba przez jakąś znajomość (?!) Były to godziny przed sprzątaniem, więc smród okropny… (żeby nie było, Schronisko jak najbardziej w porządku).

Pracownicy byli zdziwieni, iż ktokolwiek zainteresował się tym głuchym brzydalem, jak go nazwali. Proponowali mi inne psy. Uparcie jednak obstawałam przy Albinie… Przyprowadzili go więc. To, co zobaczyłam…. przerosło moje najśmielsze wyobrażenia. Skóra, kości… był nadpobudliwy, to mało powiedziane. Był rozhisteryzowany… Tego, na prawdę, nie da się opisać. To trzeba było widzieć! Nie mogliśmy mu szelek założyć.

Podpisałam stosowne papiery. Jedyne pieniądze, jakie miałam przy sobie (całe 20 zł, aż wstyd!) dałam jako datek za Albina. Zabrałam tę sierotę do samochodu. Śmierdziało od niego okropnie. Jechaliśmy w 4 osoby. Przy każdym postoju i krótkim rozprostowaniu nóg i łap, podążał tylko za mną. Miłość od pierwszego wejrzenia.

Widząc, w jakim jest stanie psychicznym, liczyłam się z tym, że Tata mnie przeklnie. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, wypuściliśmy go na posesję. Albin zaś, oszołom jeden, potykał się o własne łapy, wpadał na wszystko, był nieskoordynowany. Poruszał się jak łamaga, jakby nie potrafił. Nie wiedział, jak chodzić, nie wiedział, jak biegać …

Jego nadpobudliwość sięgała zenitu. NIGDY w życiu nie widziałam takiego zachowania u psa. Byłam przerażona. Nie wiedziałam, jak z nim postępować, co jest przyczyną takiej nadpobudliwości… Nie wiedziałam, co robić. To nie było typowe dla bokserów, tzw ADHD, to było… to było coś zupełnie innego. Obłędne szaleństwo!

Daliśmy Albinowi czas, żeby na spokojnie się zaaklimatyzował, może uspokoił, żeby odnalazł się w nowej sytuacji. Przez miesiąc był u taty. Przez kilka pierwszych nocy, Albin budził się w nocy i wpadał w histerię. Szalał, skakał po szafkach. Nerwowo kłapał jęzorem, oczy miał przekrwione… Dziki szał!

Poczekaliśmy, przeczekaliśmy… po tygodniu było już znacznie spokojniej… Wyciszył się troszkę. Na tyle, aby przesypiać całą noc, aby nie straszyć i niepokoić nas swoim zachowaniem.

Zaczął uczyć się komunikacji z Nami. W tym czasie moja miłość do niego rosła. Każdy dzień był dla mnie wyzwaniem, był nowym doświadczeniem i nową przygodą. Świadomie zdecydowałam się na GŁUCHEGO psa i obiecałam mu, że NIGDY nie oddam go. Że teraz będzie już szczęśliwy.

Po miesiącu zabrałam go do siebie, do bloku. Dopiero tutaj okazało się, że ma lęk separacyjny. Że ma wiele innych problemów behawioralnych. Niszczył, demolował, sikał w domu… nawet podczas 30-minutowej nieobecności domowników. Musiałam skorzystać z pomocy behawiorysty. Zostałam przeszkolona. Nie obeszło się bez leków uspokajających. Ale udało się! Lęk separacyjny opanowaliśmy.

Na spacerach starałam się zapewniać mu normalne życie. Życie, jakie ma każdy słyszący pies. Pilnował się nadzwyczaj. W ustronnych miejscach, z dala od samochodów, biegał i aportował. Oddalał się na 20-30 m. Po czym odwracał głowę i czekał na dalsze moje dyspozycje. Reagował na gesty. Słuchał się i pilnował lepiej niż okoliczne słyszące psy. Na spacerach, dopiero po 20 minutach rozmowy z innymi właścicielami, zdradzałam, że jest głuchy. Byli w szoku.

Z Albinem rozumieliśmy się bez słów, i to dosłownie 🙂 Mimo, iż był głuchy, czytał z ruchu ust, odczytywał moją mowę ciała, mimikę… Dzięki niemu wiele się nauczyłam. Nauczył mnie, iż moja postać z długimi rozpuszczonymi włosami jest mało autorytatywna. Moja mowa ciała i mimika nie były już tak wyraźne.

Przez pierwsze pół roku nie pokazywał, że chce się bawić. Nie informował, że potrzebuje na spacer, że jest głodny. Wszystkiego musiałam się domyślać, sama aranżować. Minęło pół roku. EUREKA! Albin próbował coś mi pokazać. Zaczęłam w wymyślony przez siebie sposób machać ręką, na znak pytania „czego potrzebujesz?”. I tak nauczyliśmy się komunikować. Kiedy coś chciał przekazać, coś nowego… migałam mu, że nie wiem, o co chodzi. Musiał pokazać. Zaczął pokazywać, ze che się bawić. Że potrzebuje na spacer, że jest pora karmienia, bo w brzuchu burczy. Że jest mu dobrze, czy źle, bo coś mu dolega.

Przychodził na komendę „do mnie”, reagował na komendę „do nogi”, siadał, wstawał, zostawał w miejscu, warował na gesty. Nauczył się koncentrować na moim wzroku, na moich oczach, po prostu na mnie. Reagował na przywołanie, wiedział, kiedy ma wyjść, np. z pomieszczenia. Podawał łapy, jedną, drugą, obie… Potrafił nawet szukać, czyli tropić, nie znając lokalizacji schowanej rzeczy. Wszystko na gesty. Coś pięknego tak migać z psem.

Docieraliśmy się i co raz lepiej rozumieliśmy z każdym dniem. I tak przez kolejnych 7 lat. Wspaniałych lat. Cały czas powtarzałam mu, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdką, 4 października 2007 r. W dzień Św. Franciszka z Asyżu. Zmarł nagle i niespodziewanie 1 listopada 2014 r.

Tego dnia miałam jechać, do Warszawy, na groby. Trasa, którą pokonuję codziennie, do pracy, do znajomych… Tym razem bardzo się bałam wsiadać za kierownicę. Miałam złe przeczucia. Zadzwoniłam i wszystko odwołałam. To był ostatni dzień, kiedy mogłam się przytulić do Albina, kiedy mogłam mu szepnąć do ucha, że go kocham. Kiedy mogłam mu powiedzieć, choć nie słyszał, że jest moim światem, moim skarbem, jest wszystkim… Nie spodziewałam się tego. Przez myśl mi nie przeszło.

Ponieważ, wiem, że nic nie dzieje się przypadkiem, wiem, że był i nadal jest moim Aniołem Stróżem. Wiem, że odszedł, bo mnie nic się nie stało. Może gdybym pojechała, wbrew własnym przeczuciom… Inni nie muszą w to wierzyć, nie muszą tego rozumieć. Ja w to wierzę. To mi pomaga. Bo… inaczej nie przeżyłabym tego, że jego już nie ma…

Przeżyłam to bardzo. Przeżywam do dziś i piszę przez łzy… Wciąż nie mam siły, by obejrzeć jego zdjęcia. Nie mam jeszcze siły, by dalej prowadzić jego funpage Albin Głuchy Bokser, by przekonać innych, że życie z głuchym psem, jest wyjątkowe i cudowne.

Śmierć Albina zszokowała wszystkich, a najbardziej mnie. 2 tygodnie później, znajoma nieśmiało podesłała mi link do 10-miesięcznego (białego oczywiście) boksera, który szuka domu. To była trudna decyzja, ale szybka i zdecydowana. Napisałam, zadzwoniłam… i czekałam na odpowiedź. Tym razem Roni szukał domu. Miał 10 m-cy.

Miesiąc po śmierci Albina, dokładnie 4 grudnia 2014 r., pojechałam po Roniego do Krakowa. Adoptowałam go poprzez Jaworznicki Dom Tymczasowy. Po Roniego jechałam cała w nerwach. Byłam pełna niepewności, czy kiedy dojadę na miejsce, na pewno Roni będzie mógł ze mną pojechać. Nie dowierzałam. Nadmiar emocji, stresu… doprowadził do dużego uszczerbku na zdrowiu i bardzo silnego bólu (nie będę rozwijać tego tematu). Na szczęście to było na tydzień przed podróżą do Krakowa. W dniu wyprawy czułam się w pełni zdrowa, prócz wyspania.

Stres związany z podróżą, niepewność, strach i to niedowierzanie… doprowadziły do bezsennej nocy. Niewyspana pojechałam na rano do pracy. Czym prędzej wyszłam z niej po zakończeniu, aby zaparkować przed drugą pracą (o parę kilometrów bliżej Krakowa 🙂 ). Tam przesiadka w Taty samochód i długa, męcząca dla mnie, podróż. Dojechaliśmy bez przygód. Niestety było już ciemno i późno… nie było czasu na odwiedziny znajomych w Krakowie.

Wzięliśmy Roniego. Podpisałam dokumenty i wyruszyliśmy do Warszawy. W Warszawie na parkingu byliśmy o północy. Niewyspana, zmęczona, zestresowana i wciąż niedowierzająca, że moje życie znów zmieniło się o 360 stopni. Że już nie będę tulić się do Albina, a do Roniego. Że muszę zapoznać ze sobą Roniego i Bravo (Tosa Inu). Z pytaniami, jak zareaguje na koty…

Do domu, za Warszawą, dojechaliśmy po 1 w nocy. Nie spałam jeszcze kilka godzin. Chciałam z nim chwilę posiedzieć. Musiałam na nowo uczyć się komunikacji, odczytywać myśli i przekazy Roniego. W pełni zaaklimatyzował się po ok 3 miesiącach. Kocham go bardzo. Nie zastąpi Albina, będzie zawsze tylko i aż Ronim. Jest równie wyjątkowy.

Bez lęków, bez uprzedzeń. Jest bardzo towarzyski. Dzięki niemu poznałam wielu wspaniałych ludzi, czego nie mogłam doznać na spacerach z Albinem, który miał agresję lękową. Miałam dla niego osobny świat. Później pojawił się młody (8 m-cy) Tosa Inu. To zmusiło mnie do pracy nad Albinem. Zaakceptował mastifa.

Roni świetnie dogadał się z mastifem Bravo, zakochał się w Azjatce Amirze, uwielbia ganiać z Azjatką Firką. Ponieważ jest facetem, nie przyznaje się do tego i męczy kota, Panicza Tysia. Ale ja wiem, że bardzo się razem kochają 🙂

Roni jest bardzo absorbujący (podobnie jak Albin), to wymaga ode mnie stałego zainteresowania i zaangażowania w organizację czasu Roniego. Nie muszę myśleć o Albinie i cierpieć… bo nie mam na to czasu. Kiedyś nadejdzie ten dzień, że nauczę się z tą stratą żyć. Roni wypełnia każdą moją chwilę. Ma wielu psich znajomych, a ja mam dzięki temu wielu ludzkim znajomych. Tych godnych uwagi 🙂

I choć nie lubię porównywać zachowań poprzedniego psa do obecnego, i wiem, że są cechy, których się nie uniknie, bo charakterystyczne dla danej rasy, to jednak… mam wrażenie, że to Albin zesłał mi Roniego. Śmieję się, że to taka jego „lepsza wersja”. Lepsza, bo bez zmartwień, bez złych przeżyć, bez problemów behawioralnych i słyszący. Czasami mam wrażenie, jakby to był gest wdzięczności… dostałam młodszą wersję Albina (w tym samym wieku adoptowanego, przypadek ?! 🙂 ), który mi mniej stresu przysporzy, może mniej pracy czy nerwów…

Adopcja głuchego Albina to najlepsza decyzja w moim życiu. Adopcja Roniego to kolejna właściwa decyzja, choć rany były świeże. Moje rany… Adoptowałam, ponieważ nie mogłam sobie pozwolić na szczeniaka w wieku 3 m-cy. W dodatku, jak w przypadku Albina, decyzja zapadła na wieść, że jest głuchy. I prawdopodobnie może grozić mu uśpienie. Przekonała mnie świadomość, że ma zaledwie 10 m-c. To dzieciak przecież. Nie mogłam przejść obok.

Nie żałuję ani jednej łzy z bezsilności, kiedy to miałam problemy behawioralne z głuchym Albinem. Nie każdy adoptowany musi mieć lęki, problemy… Roni jest wolny od tego. Gdybym miała taką możliwość, adoptowała bym jeszcze raz. Jeszcze raz głuchego. I takiego słyszącego. I każdego, którego tylko bym mogła…

Więcej na temat konkursu dowiesz się tutaj.