O Oli i jej Rastafarianinie ze Schroniska dla bezdomnych zwierząt w Nowym Targu

9 lat temu zakochałam się w dogach. Argentyńskich. Mieszkam na Podhalu, najbliższa hodowla była na Śląsku. Mieli szczenięta. Miałam 20 lat i marzenie wielkiego Białasa. Zadzwoniłam, umówiłam się. Kilka godzin w aucie, niesamowita ekscytacja. Znasz to? To radość jaką czuje dziecko. Czysta i lekka.

Po długiej rozmowie z właścicielką i po zapoznaniu z rodzicami szczeniąt doszło do mnie, że Argentyńczyk nie jest dla mnie. W zasadzie – nadal tak uważam, pomimo ciut większego doświadczenia i innej życiowej sytuacji. Ot, czasem tak jest, że człowiek się nie nadaje. I była to jak na 20 lat i wielkie marzenie – rozsądna decyzja.

Po powrocie do domu, na moje Skalne Podhale stwierdziłam, że przecież chcę mieć psa i że zwyczajnie pojadę do schroniska. Wiesz, to jest własnie „to” szaleństwo. Nie myślałam dużo. Poczekałam półtora tygodnia, na następny weekend. Pod koniec sierpnia 2007 roku, w piątek – zadzwoniłam, zapowiedziałam się i zaraz po pracy pojechałam. To nie był ten czas, że wstawiało się wszędzie zdjęcia psów, nie ogłaszało się ich tak bardzo, jak teraz. Doszłam wtedy do wniosku, że lepiej mieć małego psa. Tak, wiem – logika na poziomie, szczególnie, że myślałam o molosie chodzącym w wadze do 60 kg.

Podjechałam do nowotarskiego schroniska. Musisz sobie to wyobrazić – ja, przebojowa, wysiadająca ze zgrabnego cabrioleta, na wysokim obcasie. Pani Pawluśkiewicz, prowadząca schronisko patrzyła na mnie…. Tak, ja również tak bym na siebie patrzyła. Musiałam przebrać buty, żeby nie wybić zębów na nierównej wylewce.

I zobaczyłam – ogrom boksów. I usłyszałam – setki ujadających psów.

Ola i Rasta 1

Wiesz, to złe uczucie. Złe, bo nagle człowiek zachłyśnięty innym życiem znajduje się w rzeczywistości, której nie rozumie. Szłam prowadzona przez boksy. Szłam, patrzyłam na setki oczu. Na setki. Nie umiesz sobie tego wyobrazić, jeśli nigdy nie byłeś w schronisku. Po przejściu dwóch alejek znalazłam psa idealnego – mały i biały. I kudłaty. Jednak prowadząca powiedziała mi, że przejdziemy do końca i wrócimy. I szłyśmy. Kolejna alejka, kolejne boksy. Specyficzny zapach i szczekanie. I był ostatni boks. Cieszyłam się, że wrócimy, że to już koniec drogi.

I w ostatnim boksie uwieszony dwoma łapami u krat boksu czekał pies. Duży, brunatno-szary, pokryty gruba warstwa dredów i z koszmarnie pokaleczonym nosem. Wisiał na tych kratach i uśmiechał się. Ja do niego podeszłam i on z całej siły przyciągnął mnie dwoma łapami do tych krat. Jakby chciał się przytulic. I coś we mnie pękło. Bo jak się ma 20 lat to logika nie jest najmocniejszą strona. Bo serce majaczy, bo są takie chwile. Tak, wiem co chcesz powiedzieć.

Pani wyprowadziła dużego psa. Miałam wrażenie, że był najbrzydszy z całego schroniska. W krzywych zębach, w kołtunach, dredach i z poranionym nosem. Kiedy wszedł na trawę – zaczął sikać jak suczka. Zapewne moja mina była bezcenna, bo spodziewałam się psa. Wiesz, co pomyślałam? Że to nic, sukę też ogarnę.

Podpisałam papierek, zapakowałam psa do cabrioletu – a ledwo się zmieścił i dowiedziałam się, że gdyby coś się stało – mogę go zwrócić przez miesiąc.

Nie powiedziałam Ci, że Rasta, bo tak dostał na imię przez dredy, miał dwa lata i jednak był psem.

Kiedy podjechałam pod dom i wypuściłam go do ogrodu moja matka chwyciła się za głowę. Nie, nie mieszkaliśmy razem, ale własnie tam pojechałam pierwsze. Stwierdziła, że w życiu nie widziała tak brzydkiego, zaniedbanego i brudnego psa. Miała rację! Stwierdziłam, że „się obstrzyże i będzie”. Co się okazało? Że nikt nie podejmie się ogolenia psa, bo warstwa zbitej sierści jest za gruba na maszynkę, a on się tak wiercił, że manewrowanie nożyczkami było niemożliwe. Z pomocą przyszedł sąsiad, który strzyże owce. Tak, dobrze czytasz. Ostrzygł go pan od owiec. I okazało się, że mam wielkiego szarego psa z licznymi odparzeniami na skórze.

Nie powiem Ci, że początki były różowe, że było super i było „love forever”. Nie powiem Ci ile razy sprzątałam mieszkanie i ile butów poległo w walce. Nie powiem Ci, że nie myślałam, żeby go oddać – bo myślałam. Rasta nie umiał niczego. Nie był w mieszkaniu, nie umiał się załatwiać, bał się schodów, drzwi, auta, miał stany lękowe. Nie powiem Ci ile razy napaskudzil w samochodzie. Ale powiem Ci, że jednak zmieniłam brykę.

Mój Rasta. Wiesz ile pracy codziennie wkładałam w tego psa, mówiąc, że dam rade? 6 lat, po kilka godzin dziennie. 6 długich lat, zanim przestał uciekać. I każdego dnia ja uczyłam się więcej i więcej. Wyszła z niego buta, arogancja i roszczeniowość. I cwaniactwo. Tak, typowy molos. Ty do niego mówisz, a on myśli, czy masz racje. I albo zrobi albo nie. Przez 6 lat potrafiłam przebiec dwie wioski bez zadyszki. Ciągle uciekał. Ciągle. Docieraliśmy się długo. Czasem wydawało mi się, że nie nadaję się na właściciela. Ja krzyczałam, on udawał, że to nie do niego, on zżerał mi buty i udawał głupiego. Komedia.

Tak ogólnie – Rasta zainicjował wszystkie zmiany w moim życiu. Wyprowadziłam się od narzeczonego, zmieniłam auto, pracę, zamieszkałam w domu z ogrodem. Tak, przez psa. Bo to nie jest tak, że zmienia się tylko świat adopciaka. Nie. Jeśli umiesz słuchać – Twój świat również się zmieni. A zapowiadało się tak kiepsko, prawda? A wyszło dobrze.

Mój pies ma obecnie 12 lat (skończył 11) doczekał się moich dzieci, doczekał się towarzysza (od lutego mamy znajdę – białego kundla zgarniętego z ulicy, w końcu sen o białym psie…)

Ola i Rasta 6

Co mam Ci powiedzieć? Ile się nauczyłam od niego? Nie umiem tego nazwać. Nie starczyłoby ani dnia ani nocy. Co mam Ci powiedzieć? Że mógłby być inny?

Nauczyłam się go kochać dokładnie takim jaki jest. Dużym, szarym, wymagającym, upartym molosem. Moim małym nakolankowym pieseczkiem. To nic, że muszę go regularnie strzyc, że waży 45 kg, że uwielbia się tarzać. Jest mój.

Zapytasz czy pójdę do schroniska raz jeszcze? Tak. Przecież nie możne być innej odpowiedzi, prawda?

Więcej na temat konkursu dowiesz się tutaj.